wtorek, 8 stycznia 2013

Teatr telewizji by Peter J., czyli czemu 48 klatek nie wysuwa mnie z kocyka.


     Teraz powrót do Sródziemia można uznać za kompletny.
Po wizycie w Imax było smaszno, a jaszmije smukwijne świdrokrętnie na zegwniku wężyły.
Co prawda obraz, nieprzystosowany ponoć do ekranu rozmiarów boiska do koszykówki, rozmazywał się więcej niż nieco. A poziome ruchy kamery doprowadzały wielbicieli talentu operatorskiego Andrewa Lesnie (tak, też nie wiedziałam, że tak nazywa się koleś robiący zdjęcia do tego filmu :D )
do rozpaczy. Ale pomijając moją niechęć do 3D, film jest super.
       Echhh Middle-earth, jakie ty jesteś piękne! Jak trzymasz się kupy, jak dobrze że Peter jednak postanowił do Ciebie wrócić! I zabrać nas ze sobą.
      Początek/wstęp/prolog(?) Niespodziewanej Podróży to smaczek dla wszystkich tęskniących za Hobbitonem. Dla wszystkich innych mógłby być nudny, ale nie mówimy tu o takich ignorantach ;) przecież Elijah musiał zgarnąć swoją dolę, prawda?
A potem na ekranie pojawia się Gandalf. Gandalf! A potem po kolei krasnoludy.
Krasnoludy… Bałam się tych krasnoludów jak jasna cholera, bajkowości, nienaturalności, śmieszności.
I nic z tych rzeczy! Klimat. Akcent. Charakteryzacja, (z wyjątkiem Thorina który jest stanowczo zbyt ładny, zdecydowanie za młody i jest nie takim bucem jak moim zdaniem powinien być Thorin Oakenshield.).
Większość z 13 osobowej ekipy brodaczy to postacie tła, ale tworzą to tło barwne i klimatyczne zarazem. Widać związek między nimi, są prawdziwą Drużyną, nie jakąś zbieraniną dziewięciu drewnianych ludzików z papierowej wersji sami wiemy czego ;) W ostatecznym rozrachunku nawet Thorin daje radę.
Gdybyż tylko chciało się Howardowi Shore napisać dla Thorina jego własny muzyczny motyw, gdy zbiera się do bezsensownego poświęcenia w walce, a potem… potyka się o białego orka i upada totalnie bez sensu.
      W zasadzie tego się czepiam – rozdziału z „Patelni w ogień”, bo jest według mnie najsłabszym fabularnie elementem, no może jeszcze Radagasta Burego, bo nie potrzebne mu to łajno na głowie i motywy żywcem z Hallmarku. I jeszcze sceny ucieczki/pogoni/wyścigu z orkami na płaskowyżu koło tajnej ścieżki do Rivendel (sic!). Aha i, jeszcze tych scen żywcem wyjętych z LOTR. Zamiast puścić subtelne oko do widza Peter wali nas obuchem przez łeb, żeby każdy o aparycji przeciętnego chama z Śląska wiedział, że Hobbit to taki Władca tylko bardziej, lepiej i z większym przytupem, bo 11 lat później. Peter, please…
W sumie niewiele tego czepiania, jak na niemal 3 godzinny film.
      Ale, żeby nie było tak cudownie jest wersja 48 klatek.
I znowu potwierdza się, że starzy ludzie są straszni. Mój stary mózg zdecydowanie takiego natłoku wizualizacji nie ogarnia, już nawet nie chodzi o to, że przez pierwsze 10 minut czułam się jak po zażyciu zbyt wielkiej dawki kofeiny z tauryną. Po prostu wspaniale zrealizowany teatr telewizji do mnie nie przemawia.
Za dużo szczegółów, zbyt ostre krawędzie wszystkich obiektów. Każdy pyłek, każdy kłapeć na ubraniach widoczny, aż zbyt boleśnie. A postaci jakby "wysunięte" na pierwszy plan, w efekcie, naprawdę fajna scena, gdy krasnoludy śpiewają i rzucają naczyniami w 48 klatkach wyglądała tandetnie.
Nie ogarniam i nie chwytam fenomenu. Sceny pogoni, pościgów, szerokie plany wiały blue boxem (o sorry Peter, green boxem) na milę. Dobrze powiedział Mariusz, ksywa Młody Jakubczyk – może kiedyś nauczą się robić dobre efekty komputerowe. Bo na razie nyndza straszna w tych 48 klatkach wyłazi i bije po oczach. Nie mogłam się przestawić przez cały czas, choć niektórzy mówią, że po godzinie już się tego nie zauważa. Mnie ta ostrość raziła, niestety do końca.
Choć nie, przepraszam, skłamałabym. Był jeden szczegół, który mnie cieszył w tak ostrej i wyraźnej wersji
– Gollum.  Skóra Golluma, oczy, mimika. To nie jest model na kompie, z teksturą skóry i udatnym motion capture! To jest żywe! Andy/Gollum wymiata wszystko i nawet jeśli za drugim razem cześć scen mnie nużyła (nie jest to pierwszy Władek,  niestety ) to zagadki w ciemności każdą nudę rekompensują.
      Ogólnie czekam na więcej, ale już 2D i w 24 klatkach, jak starzy ludzie, bo widać, że pan Jackson zna się na Śródziemiu jak nikt inny i potrafi magicznym sposobem przerobić drewno i papier tolkienowskich dzieł na coś wspaniałego. Wycisnął z "Hobbita" wszystko co dało się z "Hobbita" wycisnąć (bałam się, że za wiele tego nie będzie, a jednak na 3 filmy starczy :) ). A to, co dodał jest spójne i zgrabne.
       Czekam co dalej, bo wychodzi na to, że to rzeczywiście niespodziewana podróż.

Dwalin, Balin, Kíli, Fíli, Dori, Nori, Ori, Óin, Glóin, Bifur, Bofur, Bombur i Thorin Dębowa Tarcza
szkoda, że Balin zginał w Morii :(